poniedziałek, 24 luty 2020 14:17

Małżeństwo patriotów na zsyłce

Napisał
Małżeństwo patriotów na zsyłce fot. arch.

Niedawne stulecie odrodzenia polskiej państwowości to dobra okazja, by wspominać mniej znanych bohaterów naszej niepodległości. Zwłaszcza tych, których tragiczne losy są świadectwem poświęceń kolejnych pokoleń dla sprawy ojczystej.

Do nich należy Ludwik Sobański, działacz Towarzystwa Patriotycznego i więzień carski. Mąż Róży, kobiety o wielkim sercu. Sobańscy są jednymi z bohaterów książki „Świat polskiej szlachty” wydanej przez Fundację im. XBW Ignacego Krasickiego – napisał SuperExpress.

Ludwik Sobański urodził się w 1791 r. jako syn Michała, podstolego winnickiego i Wiktorii z Orłowskich, znanej z działalności dobroczynnej. Nauki pobierał w słynnych „Atenach Wołyńskich”, czyli krzemienieckim liceum, i w Paryżu. Z Francji wrócił akurat w czasie, gdy kończyła się ważna epoka i kształtował się nowy europejski porządek – na przełomie 1814 i 1815 r. Zaangażował się w działalność wolnomularską. W szeregach wolnomularzy nie brakowało osób lojalnych wobec władz zaborczych. Trudno zresztą mieć za złe, że wiele osób, w tym luminarze kultury i gospodarki, uważało odbudowę kadłubowego Królestwa Polskiego za niesamowicie hojny carski gest. Z perspektywy XXI wieku to, co działo się dwa wieki temu, oceniamy bogatsi o dziejowe doświadczenia.

Był prezesem Towarzystwa Patriotycznego na Wołyniu. Zapłacił za to wysoką karę. Ludwika Sobańskiego wolnomularstwo zaprowadziło w zgoła innym kierunku – do patriotycznej konspiracji. W 1821 roku, kiedy przebywał w Warszawie, Ignacy Prądzyński zwerbował go do Towarzystwa Patriotycznego. Sobański, zaangażowany w prace organizacji od samego początku, był jej prezesem na Wołyń, gdzie mieszkał i posiadał majętności. Na Wołyniu pozyskał dla Towarzystwa kilku ważniejszych obywateli. Jednak – jakże to polskie! – jego starania i sukcesy nie podobały się Walerianowi Łukasińskiemu, który Sobańskiego po prostu nie lubił. Na organizatorów Towarzystwa Patriotycznego na Wołyniu powołał zatem swoich zaufanych, Marcina Tarnowskiego i Karola Dziekońskiego. Ludwik Sobański został zaś przesunięty na prowincję podolską… Jak widać, pewne narodowe zwyczaje są niezmienne mimo upływu czasu.

Katastrofa nastąpiła w 1826 r. Po aresztowaniu dekabrystów rosyjska policja szybko trafiła na powiązania konspiratorów z polskimi spiskowcami. Do dekonspiracji Towarzystwa przyczyniły się również zeznania Antoniego Jabłonowskiego, który szybko zaczął w pełni współpracować ze śledczymi. Sobańskiego przewieziono do Warszawy, osadzono w więzieniu na Lesznie i przesłuchiwano przez wiele miesięcy. Jako obywatel guberni położonych w Cesarstwie Rosyjskim, poza granicami Królestwa Polskiego, podlegał surowszym środkom niż działacze z Kongresówki. Z Warszawy trafił do Petersburga, stamtąd przewieziono go do Warszawy na kolejne przesłuchania. I znowu nad Newę. W 1829 r., schorowany, został na krótko uwolniony, lecz niedługo przed wybuchem powstania listopadowego ponownie trafił za kraty i został zesłany do Permu. Co ciekawe, do tegoż Permu po klęsce powstania trafiło wielu polskich zesłańców, a władze alarmowały, że z kontaktów Sobańskiego z zesłanymi Polakami mogą wyniknąć same problemy.

Ludwik Sobański nie był samotny w swym nieszczęściu. Mógł liczyć na kochającą żonę. Róża Sobańska, bo o niej mowa, urodziła się w 1798 r. w Guzowie jako córka Feliksa i Tekli Łubieńskich. 31 maja 1823 r. w Krakowie połączyła się węzłem małżeńskim z Ludwikiem Sobańskim. Gdy jej mąż został uwięziony, najpierw podążyła za nim do Warszawy. Ponieważ nie miała paszportu, z rozkazu wielkiego księcia Konstantego została odesłana za granice Królestwa. Gdy Ludwika przewieziono do Petersburga, jego małżonka udała się do cesarskiej stolicy. Tam, dzięki wstawiennictwu cesarzowej Aleksandry, uzyskała widzenie w Ludwikiem. Dużą rolę mógł tu odegrać kapitan Gotard Sobański, który (nie zawsze bezinteresownie) ułatwiał kontakty więźniów z rodzinami. Niestrudzona pani Sobańska znalazła się pod czujnym okiem policji i koniec końców nakazano jej opuścić miasto nad Newą.

Kiedy Sobański został zesłany do Permu, Róża udała się tam razem z nim. Prawo pozwalało w pewnych przypadkach, by rodziny towarzyszyły zesłańcom. W Permie, gdzie przebywali i inni „niebłagonadiożni” Polacy, Róża Sobańska angażowała się w pomoc dla zesłańców. Ostatecznie w 1833 roku Ludwik Sobański, wycieńczony wieloletnim więzieniem, uzyskał pozwolenie na powrót do kraju. Tam 16 sierpnia 1837 r. zmarł. Pochowano go w rodowej kaplicy w Wiskitkach, dzisiaj wspaniale odnowionej staraniem Michała Sobańskiego. Gdy Ludwik pojechał na zsyłkę, jego żona podążyła za nim. Wtedy zaangażowała się w pomoc dla zesłańców, za co obdarzono ją przydomkiem „Róża Sybiru”

Róża Sobańska, zwana „Różą Sybiru”, po śmierci męża nadal nie szczędziła starań i pieniędzy, by ulżyć doli polskich zesłańców. Czyniła dobro także w swoich podolskich posiadłościach, gdzie zakładała szkoły, przytułki i szpitale. Pieniądze, które dawały majątki ziemskie, płynęły nieprzerwanym strumieniem do zesłańców. I tych skazanych tylko na osiedlenie w odległych guberniach Cesarstwa, i tych odbywających karę katorgi.

Do swej aktywności wciągnęła inne ziemianki. W latach 40. powstał nieoficjalny Komitet Opieki z udziałem m.in. Ksawery Grocholskiej. Co ciekawe, Sobańska i Grocholska zwróciły się do cara Mikołaja I z prośbą o oficjalne pozwolenie na pomoc zesłanym rodakom. Nie otrzymały pozwolenia, ale nie dostały też wyraźnego zakazu – uznały więc, że nie ma przeszkód, by działać, szczególnie, że ich aktywność miała charakter dobroczynny, a nie polityczny. Pomoc obejmowała nie tylko zesłańców, lecz również ich rodziny pozostałe w kraju. Finansowano m.in. ich podróże do mężów i ojców.

Rzecz jasna, działalność Komitetu Opieki nie umknęła uwadze policji, która przeprowadzała w domu Sobańskiej rewizje. Nakazano jej, by pomoc przechodziła przez carskich urzędników. W efekcie, czy to przez „lepkie ręce” rosyjskich urzędników, czy to z polecenia policji, pieniądze i dary często nie docierały do zesłanych. Róża Sobańska musiała w latach 50. zaprzestać pomocy poprzez Komitet Opieki.

W 1861 r. przeprowadziła się do Warszawy. Zmarła dopiero w 1880 r., do ostatnich swoich chwil niosąc pomoc potrzebującym. Była owiana legendą już za życia- kończy SuperExpress.