piątek, 11 grudzień 2020 18:56

Bińkowski: Apteczny rynek zamknięty stanowi regulacyjną skamielinę z przeszłości

Napisał
Bińkowski: Apteczny rynek zamknięty stanowi regulacyjną skamielinę z przeszłości fot. Gemini

W Polsce trwa obecnie spór dotyczący kształtu regulacji rynku aptecznego. Według ekspertów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP), jedna z jego stron optuje za rynkiem otwartym, konkurencyjnym i propacjenckim. Druga forsuje model rynku zamkniętego i skoncentrowanego na realizacji interesów wąskiej grupy farmaceutów. W ciągu ostatnich lat prawodawca przychylał się raczej do tej drugiej koncepcji, osiągając zresztą rezultaty odwrotne do zamierzonych.

Najlepszym przykładem może być „apteka dla aptekarza”, która - będąc regulacją mającą poprawić dostępność aptek na terenach wsi i małych miasteczek - doprowadziła do likwidacji ponad tysiąca placówek, w kilkudziesięciu przypadkach będących jedyną w okolicy. 

- Wbrew trendom funkcjonującym w Europie, gdzie w większości państw funkcjonuje rynek otwarty, a ten zamknięty stanowi regulacyjną skamielinę z przeszłości. Mam nadzieję, że zmienimy ten kierunek, bo na razie mamy do czynienia ze stopniowym zamykaniem rynku aptecznego w Polsce - ocenia Jakub Bińkowski, ekspert ZPP.

Równolegle, coraz większą rolę w polskim systemie aptecznym odgrywa samorząd zawodowy aptekarzy. Powyższemu zjawisku, tj. konsekwentnym próbom poszerzania zakresu kompetencji samorządu zawodowego, towarzyszy zjawisko „drzwi obrotowych” na rynku aptecznym. Polega ono na stosunkowo swobodnym przepływie osób pomiędzy poszczególnymi podmiotami budującymi rynek apteczny i wykonywaniu przez te same osoby wielu funkcji w relatywnie krótkich odstępach czasu.

- W wielu krajach, np. w Wlk. Brytanii czy Holandii, istnieje samorząd zawodowy, ale istnieje też urząd, który ma kompetencje do regulowania rynku. One nie przenikają się wzajemnie, to są dwa zupełnie inne poziomy. W Polsce też powinniśmy do tego dążyć – postuluje Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET. - Tymczasem inspektorem farmaceutycznym w Polsce może zostać tylko farmaceuta, a więc członek korporacji, który z tej korporacji wychodzi, a potem do niej wraca. W przypadku innych zawodów czy innych instytucji nie mamy tak wąskiego zakreślenia. Przykładowo prezesem Urzędu Rejestracji Leków może być farmaceuta bądź lekarz, a minister zdrowia może być ekonomistą - dodaje Piskorski.

W przypadku Inspekcji Farmaceutycznej także powinno być to poszerzone przynajmniej o pozostałe zawody medyczne.

Farmaceuta prowadzący aptekę może stać się członkiem organu władz samorządu aptekarskiego, który z kolei dzięki swoim szerokim kompetencjom ma możliwość skutecznego ustanawiania reguł funkcjonowania na rynku. Nic nie stoi na przeszkodzie, by farmaceuta taki w kolejnym kroku objął stanowisko Wojewódzkiego, czy nawet Głównego Inspektora Farmaceutycznego, czyli realizował funkcję nadzoru nad rynkiem. Przepisy stanowią bowiem wprost, że inspektorem farmaceutycznym może być wyłącznie farmaceuta. Po zakończeniu pracy jako Inspektor, farmaceuta może wrócić do funkcjonowania na rynku jako przedsiębiorca prowadzący aptekę. W rezultacie, Główny Inspektor Farmaceutyczny może być byłym przedstawicielem władz samorządu aptecznego, a przedstawiciel władz samorządu aptecznego - byłym Inspektorem. Taka sytuacja tworzy swoisty „układ zamknięty”, którego ofiarami stają się w pierwszej kolejności właściciele aptek, dla których organy samorządu nie widzą na rynku miejsca, a w drugiej kolejności - pacjenci, dla których dostępność leków zmniejsza się.