poniedziałek, 21 luty 2022 09:18

Pytanie o etyczną kondycję właścicieli polskich mediów

Napisał
Pytanie o etyczną kondycję właścicieli polskich mediów fot. free-images.com/Pixabay

Wypowiedź Karoliny Korwin-Piotrowskiej o mobbingu, jakiego doznała jako dziennikarka, uruchomiła lawinę podobnych wspomnień.

To z kolei stawia na porządku dziennym pytanie o etyczną kondycję polskich mediów. A konkretnie ich właścicieli - napisał Bogusław Mazur na portalu raportcsr.pl.

Karolina Korwin-Piotrowska jest w trakcie kampanii promocyjnej książki pt. „Wszyscy wiedzieli”, traktującej o mobbingu w środowisku teatralnym i artystycznym. W rozmowie z „Wysokimi Obcasami”, jak też we wpisach na Facebooku i w rozmowie z portalem wirtualnemedia.pl opowiadała, że sama padła ofiarą poniżających zachowań w miejscu pracy. Dochodziło do nich w 2001 r., gdy magazyn „Gala” wkraczał na rynek. Dziennikarka mówiła o wrzeszczącym, siejącym grozę szefie. O tym, że nie otrzymała wolnego dnia w dniu pogrzebu ojca. Że prezes wydawnictwa, będący Niemcem, krzyczał nawet do redaktor naczelnej „ty autystyczna polska świnio”.

Wywiad rozwiązał worek wspomnień innych dziennikarzy których spotkały przemocowe praktyki. Czytamy o klasycznym mobbingu skutkującym chorobami, w tym depresją, o poniżaniu, wrzaskach, obelgach. Jak też o kompletnie absurdalnych wymaganiach, czy tzw. żyłowaniu ludzi.

Oprócz wspomnień, pojawił się też wpis Ewy Wanat, byłej redaktor naczelnej radia TOK FM. We wpisie, pod wpływem wynurzeń Korwin-Piotrowskiej, przeprosiła za mobbing. „I co tu dużo gadać – ja się strasznie darłam w TOK FM, okropnie. Co robiłam moim współpracowniczkom i współpracownikom dotarło do mnie dopiero niedawno. Człowiek się drze, jak nie jest pewien swego. Tyle mogę powiedzieć” – stwierdziła. „Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Przepraszam” – zakończyła.

Pod wpisem Wanat zamieszonym na Facebooku pojawiło się mnóstwo komentarzy jej byłych współpracowników. Na ogół wynika z nich, że Wanat uderza się w piersi na wyrost. „Ewa, czasem się darłaś. Tyle. Mobbing przez lata uprawiały dwie kobiety rządzące newsroomem. Wszyscy wiemy, o kogo chodzi. Szkoda, że zabrakło pary, uwagi, jakiejś siły, żeby temu skutecznie dać odpór” – to jedna z dość charakterystycznych opinii.

Teraz możemy oczywiście ponarzekać na takie praktyki i na tym skończyć. Możemy zauważyć, że szef - Niemiec wyzywający od autystycznych polskich świń, naruszał nie tyle jakiś Kodeks Dobrych Praktyk, ile Kodeks karny, choćby jego Art. 133 (znieważenie narodu lub państwa polskiego) czy Art. 216 (znieważenie osoby). Możemy też napisać, że zjawisko mobbingu jest niezależne od pochodzenia kapitału, politycznych sympatii i sprawowanych funkcji. Wreszcie można stwierdzić, że zjawisko jest dość powszechne i że brakuje „pary, uwagi, jakiejś siły, żeby temu skutecznie dać odpór”.

Jednak skończenie na narzekaniu i oburzeniu byłoby łatwizną. Może lepiej skupić się na owej „sile”, której zabrakło. Tą siłą teoretycznie powinno być, ale nie jest, dość zatomizowane i często spauperyzowane środowisko dziennikarskie. Nie są i raczej nie będą stowarzyszenia dziennikarskie, choć pole do popisu jest dla nich duże. Tą siłą mogącą powstrzymać przemoc są właściciele mediów i ich organizacje. A właściwie, tak naprawdę, medialny rynek. Ten sam, który określają jako trudny.

Według badań SW Research z maja ub.r., na 34 najbardziej poważanych przez Polaków zawodów, dziennikarze znaleźli się na 25 pozycji. Poważaniem darzy ich co trzeci respondent. Zajęli miejsce za robotnikami budowlanymi bez kwalifikacji i tuż za policjantami. Wedle badań CBOS, na przestrzeni lat daje się zauważyć spadek prestiżu zawodu dziennikarza.

Co to oznacza? Ano to, że trudno myśleć o długofalowym rozwoju biznesu opartym na wiarygodności, zawiadując zespołami z niską wiarygodnością. To jest sprzeczność. Bo jaką siłę oddziaływania mają ludzie analizujący rzeczywistość czy pouczający np. polityków, skoro coraz więcej odbiorców wie, że są traktowani, mówiąc kolokwialnie, z buta?

A prawda o zgniłych praktykach mobbingu sączy się do opinii publicznej niczym zawartość pękniętej rury kanalizacyjnej. Nagrania z udziałem znanych szefów, też zresztą dziennikarzy, po chamsku odnoszących się do podwładnych, od dawna krążą w internecie. Teraz mamy świeżą garść wspomnień. Ba, środowiskową sytuacją zajmują się już prześmiewcy. I nie należy tego lekceważyć.

Popularni w sieci satyrycy HRejterzy zamieścili na kanale YouTube filmik pt. „Współczesne dziennikarstwo”. Widzimy przechadzającego się między biurkami szefa, chamsko wymyślającego wartościowym dziennikarzom i chwalącego półanalfabetów czy zgłaszających tematy w rodzaju „nie śpię, bo trzymam klapę od laptopa”. No i szczodrze fundującego zespołowi „pasztetowe czwartki”.

Trawestując znane powiedzenie - póty biznes przynosi zyski, póki mu się ucho nie urwie. Jest parę wydawnictw, które przez lata stosowały złe praktyki i są dziś ledwie cieniem dawnej potęgi. Albo w ogóle znikły. No i wydawcy sami wiedzą, że teraz obieg informacji przenosi się nie tylko do internetu w ogóle, ale na serwisy społecznościowe. Z czego wynika, że poziom wiarygodności staje się, obok ekskluzywnych newsów czy wyjątkowo eksperckich analiz, kluczowym elementem w zawiadywaniu wydawniczym biznesem.

Właściciele mediów powinni więc we własnym, egoistycznym interesie usuwać zgniliznę mobbingu w swych firmach. Jest to też zadanie dla ich organizacji. Nie chodzi tylko o spisanie i powieszenie w ramce na korytarzu Kodeksu Dobrych Praktyk, ale o ich realne wdrażanie. Narzędzi które to umożliwiają dostarcza podstawowa wiedza o CSR i ESG.

Medice, cura te ipsum. Może na początek niech polecą swym dziennikarzom napisać anonimowo i na wewnętrzny użytek artykuły w rodzaju: „Co mnie boli w naszej redakcji”. Byle nie przypominało to praktyk „łubu, dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu” z „Misia” Stanisława Barei - napisał na zakończenie Bogusław Mazur.